Nieco o agitacji wyścigowej

Zapewne niewielu z Was słyszało o czymś takim jak wyścigi klasyków. A jeśli słyszało, to automatycznie pojawiały się wyobrażenia przedstawiające starszych panów w kaskach typu orzech ujeżdżających PRLowskie sprzęty. Faktycznie jest to obrazek jaki można spotkać (z dokładnością do kasków, bo te muszą być współczesne). Wielu zawodników przyjeżdżających na rundy czerpie ogromny fun z samego faktu uczestnictwa w takiej imprezie i tego, że może tym razem tłok nie spuchnie, korba się nie urwie a oni dojadą do mety. Ale można też inaczej:)

Zacznijmy od tego, że same Wyścigowy Motocyklowy Puchar Polski Classic dzielą się na wiele klas, których nazw wraz z datami produkcji nie potrafię z głowy wymienić (ale potrafię wkleić tabelkę:)). Dla nas najciekawsza jest ta ostatnia – Youngtimer500. I tutaj zapewne w głowach wielu czytelników związanych z Pucharem wylewa się na mnie wiadro pomyj: „hur, dur!! ale wy to nie jesteście prawdziwymi klasykami, bo te wasze motury to są takie nieklasyczne”. No i właśnie w tym rzecz:) Bo te motury są niemal współczesne. Chcesz regulowane Upsy, koła 17″ i aluminiową ramę i 60KM? Proszę bardzo, oto Twój ZXR.

To czym można się ścigać w Youngach?

Motocyklami modelowo pochodzącymi z lat 1986-1989 o pojemności do 500. Co to oznacza, że modelowo? A no to, że taki GS500 z 1993, który od jakiegoś 1988 klepany był bez zmian, nadaje się . Znaczy… w sumie nie nadaje, ale można nim startować.
Więc jakie motocykle się łapią? O takie:
4T: GS500; Bandit 400; CB-1; FZR400, CBR 400 NC23; ZXR400 H1/H2; VFR 400 NC21/24/30; FZR500, GSXR400
2T: RG 250; RGV 250; KR1

Jakim motocyklem warto zacząć?

Hmmm… teoretycznie to ZXRem, który wydaje się być najlepszym dostępnym motocyklem tamtego okresu. Jednak ze względu na jego nikłą dostępność to lepszą odpowiedzią było by: takim, który uda Ci się kupić. Pojeździsz rok, zapłacisz frycowe, podniesiesz skilla, a na następny rok sprzedasz i kupisz ZXRa czy tam RGV. Ale można też przywalić od początku z grubej rury i szukać ZXRa, CBR, VFR. Wszystko zależy od nastawienia. Należy pamiętać, że każdy z wyżej wymienionych motocykli ma swoje wady i zalety.

A więc po co bawić się w jakieś Youngtimery, które po pierwsze PRIMO: trudno kupić, po drugie PRIMO: nie ma do nich części, a po trzecie PRIMO ULTIMO: to po co ścigać się trzydziestoletnimi parchami, skoro można pójść w Rookie600 albo Moto3 i nara.
Można. Ale do Moto3/SST300 trzeba mieć worek pieniędzy i gabaryty 15 letniego japończyka, a do Rookie600 już tylko dwa worki pieniędzy:) A więc głownie chodzi o kasę. Youngtimery są śmiesznie tanie w zakupie, przygotowaniu, zużyciu opon i wielkością wpisowego na rundy.

Dobra dobra ziomuś, Ty mnie tu gadasz o jakichś wyścigach, ale sprawdziłem i te Twoje sprzęty to mają po 59 kuni. Jak to się tym ścigać?
Tak aby odkryć wspaniałość mały pojemności. Że nie trzeba mieć 100KM, żeby na Kisielinie wciągnąć dowolną 600. Żeby nauczyć się szanować prędkość. Żeby w chwilę ogarnąć jak działa jazda na małym kole. Małe pojemności bardzo szybko uczą i nie wybaczają błędów. Bo każdy błąd – przeciągnięcie hamowania, zbyt późne przejście na gaz czy zapięcie złego biegu skutkuje ogromnymi stratami czasu. A to pozwala na łatwe wychwytywanie tych błędów i pracę nad nimi. A poza tym są zwyczajnie fajne.

Pozdrawiam Tomasz 🙂
PS: wewnętrzny dialog autora nie świadczy o zaburzeniach psychicznych. Miał na celu poprawić kompozycję tekstu 🙂

Hamulcowy 'efekt motyla’

Mówią (w zasadzie to sam tak mówię), że kto hamuje, ten przegrywa. Choć nie zawsze.

Tegoroczna zimo-wiosna trwała zdecydowanie zbyt… krótko. Otwarcie sezonu WMPPC zbliża się wielkimi krokami (pierwsza runda już za tydzień), a torówka nie ukończona. Po kilku miesiącach walki z masą własną (w sensie własnej doopy), opartej na diecie kebabowo-burgerowej (polecam) trzeba było zacząć przygotowywać motocykl. Niedawna wizyta na Kisielinie ujawniła kilka braków w stanie technicznym torówki. Między innymi hamulców. Problemem nie była ich skuteczność czy wyczuwalność, bo te były wzorowe jak na 30 letni motocykl, problem był w trących klockach.
W ogóle, to nieodbijające klocki mają pewne zalety. Ot, choćby tę, że skok martwy klamki jest ekstremalnie mały. Dzięki temu hamulce są niezwykle responsywne, wyczuwalne i takie tam. Jednak są też wady:
  • motorowi jest za ciepło w tarcze i te zmieniają kolor na niebieski
  • po prostu tak być nie może

Zaciski były dość mocno zapylone. Zdecydowanie za dużo ich używam! Ale to nie syf był tu problemem, bo zdarza się że gorzej wyglądające hamulce funkcjonują latami.
Widzicie to dziwne coś, wyciągnięte wraz w tłoczkiem? To uszczelka. Kurzowa (smarująca? zwał jak zwał). Ale jej natywne miejsce jest niżej, w rowku i zdecydowanie nie powinna urządzać sobie wędrówek poza niego.
Oczywiście przeciśnięty przez tak niewielką szczelinę uszczelniacz wygląda jak nieszczęście. Trzeba było je wymieniać. Był jednak problem. Było to sobotnie popołudnie, a czas do wyjazdu wynosił 12h. Zakup nowych byłby kłopotliwy. Wnet w moim zapominalskim umyśle objawiła się myśl: „Przecież niedawno wymieniałem je w GIXXie!!” Był to wymysł i fanaberia, bo uszczelki po wyjęciu wyglądały jak nowe. Ale skoro miałem kupione to wymieniłem A tych wyjętych (choć prawie nowych) wyrzucić było szkoda. Więc zostawiłem, przyda się! Po ich odszukaniu (które przebiegło zaskakująco sprawnie) i pomiarach (które przebiegły wbrew prawu Murphiego) okazało się, że mają identyczny wymiar, jak te w ZXRze. Zatem Eureka! Składamy!
Po gruntownym wyczyszczeniu zacisków i tłoczków, posmarowaniu rowków, uszczelek i tłoczków, włożeniu tłoczków, wyjęciu tłoczków, posmarowaniu wszystkiego raz jeszcze, włożeniu tłoczków oraz wykonaniu powyższej procedury co najmniej raz kolejny, stwierdziłem że tłoczki chodzą już wystarczająco lekko.
Ale po co tak komplikować? A no bo:
  • wcześniej tak nie zrobiłem
  • domyślałem się już co było przyczyną awarii.
A było nią złożenie dwóch czynników: 1. Podczas poprzedniego składania zacisków musiałem niewystarczająco posmarować uszczelki (co mniej prawdopodobne), 2. te zaciski mają już 30 lat i wokół rowków są ubytki (co bardziej prawdopodobne)
Czy to wada produkcyjna, czy ubytek wygryziony zębem czasu? Nie wiem. Ale stwierdziłem że, im lżej tłoczek będzie pracował w tychże uszczelkach, tym mniejsza szansa, że któraś się przyklei i wyjdzie wraz z tłoczkiem na zewnątrz.
I na razie działa. Od tego czasu minął tydzień i cały dzień na torze. Dziś przyszedł czas na nowe klocki. I co? I tłoczki dało się cofnąć niemal ręcznie:) Więc działa!
Pozdrawiam Tomasz 🙂
PS:Wnioski na dziś są następujące:
Wniosek 1: Im więcej smaru na tłoczkach tym lepiej.
Wniosek 2: Trzymajcie przydasie🙂